Wiklina, podmokłe łąki i niespodziewane bagienko – RDS 2017

Zamiast 300 metrów do mostku, przyjemny skrót przez rzeczkę. (fot. Łukasz Bieńko)
Zamiast 300 metrów do mostku, przyjemny skrót przez rzeczkę. (fot. Łukasz Bieńko)

Rajd Dolnego Sanu traktuję wyjątkowo nie tylko za sprawą panującej na nim atmosfery, ale również ze względu na fakt, że tutaj zaliczyłem swój debiut w starcie na 50 kilometrów. Te dwa powody sprawiają, że sezon długich biegów z mapą rozpoczynam corocznie właśnie w okolicach Sanu. Tym razem bazą jubileuszowego, bo dziesiątego już rajdu była Łętownia w gm. Nowa Sarzyna i tam czekały na startujących okoliczności przyrody wspomniane w tytule. Do jubileuszu postanowiłem dołożyć swoją cegiełkę i po konsultacji z Sajgonem staliśmy się jednymi ze „sponsorów” imprezy przygotowując 10 zaproszeń na naszą Jatkę (Świętokrzyską lub Jurajską, do wyboru), głównie dla podium setkowiczów, ale także 2 wolne, do rozlosowania wśród wszystkich startujących. Niezwykle przyjemnie było wspomóc tak sympatyczny rajdzik.

Kierownik Hubert wspina się na wyżyny, także organizacyjne :) (fot. Darek Czechowicz)
Kierownik Hubert wspina się na wyżyny, także organizacyjne 🙂 (fot. Darek Czechowicz)

Kierownik rajdu, Hubert, sprawia, że RDS od lat trzyma się pewnych standardów. Można się zatem spodziewać, że punkty będą stać w terenie adekwatnie do ich położenia na mapie. Można się też spodziewać, że nie będą złośliwie chowane po krzakach czy innych zakamarkach (czego nie lubię na niektórych imprezach). Można też się spodziewać, że będzie ich ok. 10-12 sztuk, a dość szybka trasa będzie poprowadzona tak, aby pokazać lokalne atrakcje i wykorzystać wszelkie zalety okolicy, w której odbywa się rajd. W tych kwestiach przypuszczenia mnie nie zawiodły.

Jadąc do Łętowni nie spodziewałem się szalenie atrakcyjnej trasy. Myślałem sobie, że czeka mnie trochę pól, łąk, trochę lasów. I już. Trasa została jednak poprowadzona tak, aby co rusz pokonywać jakiś ciek wodny, jeziorko, pagórek czy urokliwy wąwóz. Od strony krajoznawczej dowiedziałem się, że tamtejsze rejony są prawdziwym zagłębiem wikliniarstwa. Nauczyłem się także, iż bieganie przez wiklinowe ścierniska nie należy do najprzyjemniejszych.

Przed startem nie wiedziałem czego dokładnie mogę się po sobie spodziewać. Na początku zimy mierzyłem w czas poniżej 6 godzin, jednak im bliżej było do startu, tym bardziej w to wątpiłem. Ostatecznie na trasę wyruszałem z zamiarem złamania siedmiu godzin.

Krótki asfalt na dzień dobry, jeszcze nie wiem w jakiej jestem formie... (fot. Tomek Domin)
Krótki asfalt na dzień dobry, jeszcze nie wiem w jakiej jestem formie… (fot. Tomek Domin)

Początek stanowił swoiste rozeznanie, zarówno w temacie warunków, jak też mojej formy. Nie wyrywałem się zbytnio puszczając kilku innych zawodników do przodu, m.in. Anię Sejbuk, z którą potem nasze ścieżki wielokrotnie się krzyżowały, a sporą część dystansu pokonywaliśmy wspólnie (dzięki za dobre towarzystwo!). Szybko jednak się okazało, że czuję się dość dobrze, a czołówka nie wyrywa się i nie ucieka poza horyzont. Koncentracja była na niezłym poziomie, co przy nie najtrudniejszej nawigacji sprawiało, że do punktów docierałem całkiem sensownymi wariantami.

Może poza jednym wyjątkiem, kiedy zamiast przyjemnej ścieżki z PK 18 do PK 19 najpierw pojawiły się 2,5-metrowe trzciny, a potem sympatyczne bagienko. Skakanie z jednej trawiastej poduchy na drugą fajnie urozmaiciło pokonywanie kolejnych kilometrów. Dobrego humoru i samopoczucia nie popsuła mi nawet niespodziewana kąpiel w owym bagienku, gdy chcąc nieznacznie skręcić w stronę łąki, nagle wpadłem w wodę po pas.

PK 18 i przyjemny staw, którego na mapie nie było. A był :) (fot. Tomek Domin)
PK 18 i przyjemny staw, którego na mapie nie było. A był 🙂 (fot. Tomek Domin)

A propos kąpieli, to nieco wcześniej przed tym zdarzeniem udało się oszczędzić ładne kilkaset metrów i zamiast wariantu przez mostek wybrałem wariant przez dwa strumienie. Pierwszy z wodą po kolana, drugi po uda, obydwa przyjemnie schłodziły zbolałe już kończyny, a pogoda nie była na tyle dramatyczna, aby przemoczenia unikać. Nawet gdyby ktokolwiek chciał tego dnia pokonać dystans suchą stopą, raczej nie było to możliwe – łąki były momentami naprawdę grząskie.

Z zapowiadanego przez Kierownika optymalnego wariantu, który miał długość ok. 53 kilometrów, udało się urwać ponad 1000 metrów. Nawigacyjnie szło mi całkiem nieźle, podobnie było z formą fizyczną, czym mile się zaskoczyłem. Obyło się bez większych kryzysów, a w sumie to nawet i bez mniejszych. Przygód, poza wspomnianym wcześniej przebijaniem się przez bagienko, udało się uniknąć.

Jedno z niewielu podejść na trasie - skarpa, a wraz z nią PK 20 (fot. Tomek Domin)
Jedno z niewielu podejść na trasie – skarpa, a wraz z nią PK 20 (fot. Tomek Domin)

Pokonanie trasy zajęło mi niespełna sześć godzin, a dokładniej 5:53. Kilku mocniejszych napieraczy wystartowało na trasie 100-kilometrowej, dzięki czemu udało zająć 5. miejsce, co jest moim najlepszym wynikiem w historii startów w RDSie. Nie ukrywam, że z wyniku jestem super zadowolony 🙂

Moja RDS-owa historia przedstawia się następująco:

2017 Łętownia 5:53 5. miejsce
2016 Nowa Sarzyna 6:34 11. miejsce
2015 Dwikozy 7:10 29. miejsce
2014 Sanok 12:36 18. Miejsce

Widać stały progres i mam nadzieję, że będzie się utrzymywać w następnych startach 🙂

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Jedno przemyślenie nt. „Wiklina, podmokłe łąki i niespodziewane bagienko – RDS 2017”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *