Styczeń mógłby się już kończyć… Albo trwać w najlepsze!

aimg_0393
Dopiero dziewięć dni stycznia, a parę ważnych celów zostało odhaczonych 🙂 (fot. Witek Sysiak)

O celach, które mam do zrealizowania w tym miesiącu pisałem tutaj: Cele na styczeń. Za wcześnie jeszcze na ich rozliczanie, ale z każdym dniem jestem coraz bliżej zaliczenia kompletu. A do końca miesiąca jeszcze daleko, więc nic tylko się cieszyć.

W miniony weekend udało się odhaczyć dwa spośród zapowiedzianych planów. W sobotę mój zawodnik zdobył tytuł Mistrza Polski w Kolarstwie Przełajowym (kat. Masters 40B). Na trasie w Sławnie (tym w woj. łódzkim) był bezkonkurencyjny dla swoich rywali, a jak na gorąco stwierdził, cały czas kontrolował wyścig i nie był zmuszony jechać na maxa. Takie słowa życzyłbym sobie czytać zawsze po wyścigach moich podopiecznych 🙂

Koszulka Mistrza Polski została wywalczona w świetnym stylu. (fot. Marek Bonecki)
Koszulka Mistrza Polski została wywalczona w świetnym stylu. (fot. Marek Bonecki)

Złoto bardzo mnie ucieszyło, tym bardziej, że przygotowania do startu docelowego przebiegały bezproblemowo i wiedziałem, że Marek jest w bardzo dobrej formie. Wystarczyło tylko to potwierdzić, a czasem bywają z tym problemy, więc trochę stresu było. Jednakże, robota została zaliczona na szóstkę z plusem.

Niedziela to już mój osobisty „wyczyn”. Tak jak pisałem, chciałem spróbować morsowania i nadarzyła się ku temu świetna okazja. Razem z Maćkiem zmontowaliśmy jeszcze kilka osób do ekipy morsów-żółtodziobów i umówiliśmy się w godzinach przedpołudniowych nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Na plaży pojawił się zatem wspomniany Maciek, a także Tadziu, Jędrek i Paweł. Piękna tafla jeziorka odbijała przyjemne promienie słońca, a my wesoło machaliśmy siekierką i saperką, żeby powiększyć przerębel i stworzyć komfortowe warunki dla pięciu chłopa.

Okazało się, że jest to niezłą rozgrzewką – potem wystarczyło tylko kilka (no, może kilkadziesiąt) pajacyków, dwa podbiegi i zbiegi z góreczki przy plaży i stwierdziłem, że jestem gotowy spróbować jakie to uczucie zanurzyć się w wodzie, której temperatura jest bliska zeru. Kronikarski obowiązek każe mi jeszcze napisać, że na zewnątrz było ok. minus dwunastu stopni, ale nie wiało, więc warunki idealne 🙂

aimg_0398
Skakać czy spokojnie wejść? (fot. Witek Sysiak)

Po zdjęciu i odłożeniu na bok ostatniego ciucha przyszła pora na zanurzenie. Chwilkę postałem nad przeręblem zastanawiając się jak najlepiej się zanurzyć. Skakać czy spokojnie wejść. Wybrałem opcję nr 2, ale przy wchodzeniu nieopatrznie zanurzyłem też rękawiczki, więc szybko je przemoczyłem i musiałem zdjąć. Wielkiej różnicy mi to nie zrobiło, ręce jakoś drastycznie nie marzły.

Pod wodą natomiast ciało zaczęły nakłuwać tysiące drobnych igiełek, ale nie było to jakoś szczególnie dokuczliwe. Było to raczej ciekawe uczucie. Mój wewnętrzny spokój i pozytywna atmosfera unosząca się nad przeręblem, że dwie minuty spędzone w wodzie nie dłużyły się i należały do przyjemnych.

Wyjście miało być najgorsze, ale też nie było źle :) (fot. Witek Sysiak)
Wyjście miało być najgorsze, ale też nie było źle 🙂 (fot. Witek Sysiak)

A potem na brzeg… czyli to, co miało być najgorsze 🙂 To też nie sprawiło mi wielkiego bólu czy kłopotów. Wprawdzie ciało momentalnie się wychładzało i drętwiało tak, że nie czułem czy muszę się jeszcze wytrzeć ręcznikiem czy jestem już suchy, to szybko wskoczyłem w kilka warstw przygotowanego wcześniej ubrania, a koledzy zaczęli częstować pyszną rozgrzewającą herbatką. Zgodnie stwierdziliśmy, że było super. Tyle tylko, że w mniej wyrafinowany sposób, którego pozwolę sobie nie cytować 😉

Sądzę, że morsowanie to coś, czego każdy powinien przynajmniej raz w życiu spróbować i gorąco (czy używanie słowa „gorąco” w tym kontekście to nie faux pas?) do tego zachęcam! Gdybyś chciał/a, to zapewne jeszcze w styczniu uda nam się przynajmniej raz umówić na moczenie zadka, zatem zapraszam serdecznie. Mam parę fajnych pomysłów jak można sobie urozmaicić taką zabawę i chętnie się nimi podzielę z zainteresowanymi 🙂

ps. Specjalne podziękowania dla Ignasia, Blanki oraz Witka, którzy nam towarzyszyli i dokumentowali całe „zajście” 🙂

Jest moc, jest wielka radość :) (fot. Witek Sysiak)
Jest moc, jest wielka radość 🙂 (fot. Witek Sysiak)

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *