sr_logo

Silentia/Silesia Race 2016

Kuźnia Raciborska, 15 października, godzina 7:40. Wkraczamy do biura zawodów. Dwie sympatyczne kobietki za biurkiem informują mnie oraz Michała (zwanego dalej Siwym) o kilku podstawowych kwestiach związanych z naszym startem, wydają numery oraz pakiet startowy i każą jednemu z nas rzucić kostką do gry. Siwy chwyta za nią pierwszy, wypada „czwórka”, jedna z dziewczyn rysuje markerem dużego iksa, a jak się później okaże, jest to zdarzenie dość szczęśliwe.Zanim jednak postawiliśmy pierwsze kroki na terenie biura zawodów, miałem sporo kilometrów do pokonania. Trasę z Warszawy podzieliłem na dwie części: stolica-dom rodzinny w Częstochowie oraz dom rodzinny w Częstochowie-Kuźnia Raciborska. Kilka zawirowań dzień przed startem sprawiło, że z Mokotowa wyjechałem dopiero po 19:30, czyli pięć godzin później niż pierwotnie zaplanowałem. Cóż, nie miałem na to wpływu. Zamiast narzekania lepiej było przyjąć fakty.

W domu (tym razem pustym) czekały na mnie kolejne niespodziewane kłopoty. Próby rozpalenia pieca i podniesienia temperatury z ośmiu stopni na jakąkolwiek wyższą spełzły na niczym, a ja straciłem przez to kolejne 1,5 godziny, które z chęcią przeznaczyłbym na sen. Niezrażony także tym faktem, założyłem czapkę, ubrałem skarpetki oraz T-shirt i wsunąłem się pod kołdrę narzucając na to wszystko dodatkowy koc.

Nocka minęła szybko, zbyt szybko. Przymusowa pobudka o 5:15 spowodowała u mnie chwilowe otępienie. Zwykle nie mam problemu nad ranem, ale tym razem gdy zadzwonił budzik, nie za bardzo wiedziałem co się dzieje. Otrząsnąłem się dość szybko, a już dziesięć minut później zadzwonił Siwy, że czeka na mnie pod bramą. Po kolejnych pięciu byłem gotowy do wyjścia, mogliśmy przybić piątkę i z uśmiechem ruszyć w drogę na południe.

W miarę jak noc ustępowała miejsca promieniom słońca coraz bardziej przekonywałem się, że dzień będzie piękny. Środek października, a o poranku już 8 stopni. Tyle co w domu, pomyślałem i uśmiechnąłem się. Podróż minęła znośnie, po drodze zatrzymaliśmy się jedynie w lokalnym sklepiku, aby kupić nieco prowiantu na śniadanie, a także szturmżarcia składającego się z pary Snickersów.

Po serii drogowych robót na dojazdówce do miejsca docelowego skończyły się wszechobecne lasy, a ukazały rogatki Kuźni Raciborskiej. Chwilę później nawigacja doprowadziła nas do bazy, a potem Siwy rzucał kostką…

odprawa-fot-mateusz-knap
Przedstartowa odprawa (fot. Mateusz Knap)

Po tej namiastce hazardu udaliśmy się do stołówki, aby posłuchać co ważnego mają nam do przekazania Organizatorzy. Należało dobrze słuchać, bo był to nasz pierwszy start w rajdach przygodowych (zwanych z angielskiego „adventure racing” lub w skrócie „AR”). O ile ja posiadałem nieco doświadczenia nabytego w pieszych maratonach na orientację, o tyle Siwy swój pierwszy w życiu lampion używany w orienteeringu ujrzał gdy ten powiewał wesoło przy wejściu do bazy.

Z rzeczy najważniejszych, które należało zapamiętać: kilka sympatycznie brzmiących zadań specjalnych (w postaci przejazdu drezyną oraz krótkie BNO na terenie bunkrów, gdzie czekały na nas także zadania linowe), mapa do ręki dopiero na starcie, na rowerze zaliczamy punkty kontrolne zgodnie z ich numeracją, na etapach pieszych mamy pełną dowolność, a na kajaku punktów nie ma, jedynie podbijamy nasze karty na początku i na końcu tego etapu.

Przed startem miał się odbyć krótki prolog i w tym momencie prowadzący odprawę odniósł się do rzutu kostką: osoba z iksem na ręce czeka zamknięta na szkolnym orliku aż drugi z pary, z czystymi dłońmi, ukończy krótki bieg na orientację po terenie szkoły. Co ciekawe, są cztery punkty, z których można pobrać mapę, ale każdy punkt, dość odległy od siebie, to inna kategoria rajdowa (były dwa dystanse AR oraz piechurzy i rowerzyści). Uśmiechamy się do siebie z ulgą i świadomością, że mnie, z racji większego doświadczenia, prolog pójdzie zdecydowanie lepiej.

Od końca odprawy do początku zawodów mamy jakieś pół godziny. W tym czasie do załatwienia jeszcze sporo pierdółek techniczno-taktycznych: spakowanie depozytu, który będzie na nas czekał po etapie kajakowym, rozplanowanie poszczególnych etapów (jakie przedmioty na jaki etap zabrać – które dźwigać od startu, które dopiero od przepaku), przykręcenie mapników do roweru, montaż pedałów, rozrobienie odżywki do bidonu, napompowanie kół, przebranie się, przypięcie numerów, przygotowanie jedzenia na trasę i zjedzenie śniadania oraz mnóstwo innych szczegółów, o które przed taką imprezą trzeba zadbać.

DCIM100GOPROGOPR0933.
Ruszamy. (fot. Silesia Race)

Nie trzeba zgadywać, że czas do godziny 9:00 upływa nam niezwykle szybko. Ruszamy pod balon startowy, kilka pamiątkowych zdjęć, Siwy na orlika „pod klucz”, a ja po małą mapkę na prolog. Szczęśliwie znajduję w odpowiednim zakątku terenu mapę przeznaczoną dla naszej kategorii i ruszam w bój. Do zaliczenia bodaj 7 czy 8 PK, w niedalekiej odległości. Gdy jestem mniej więcej w połowie zadania widzę, że niektórzy dopiero odbierają mapy z właściwego miejsca. Myślę sobie: fajnie się zaczęło, choć wiem, że do końca jeszcze długa droga.

Ten etap nr 0 kończę w czołówce. Kieruję się w stronę „orlika”, gdzie już czeka na mnie Siwy śledzący zza siatki moje poczynania, dostajemy komplet map z opisami punktów i ruszamy w kierunku samochodu, przy którym zostawiliśmy rowery. Dzielimy się mapami, krótko rzucam okiem na drogę do pierwszego punktu analizując ewentualne warianty, zakładamy kaski i ruszamy w teren.

SR_2016_Open
Mapa rajdu. (źródło: Silesia Race)

Etap rowerowy o długości ok. 15 kilometrów wyznaczony jest 4 punktami. Przy pierwszym i trzecim zaliczamy całkiem niezłe (najpoważniejsze tego dnia) wtopy, do ładnie zlokalizowanej „dwójki” docieramy elegancko, a „czwórka” będąca jednocześnie początkiem przeprawy kajakowej również nie sprawia nam większych problemów. Wydaje się, że po początkowych błędach pomału oswajamy się z mapą i poznajemy jej charakter.

Zostawiamy rowery i kaski na terenie przystani, wybieramy pierwszy z brzegu kajak i zakładamy kapoki. Szybko obliczamy, sądząc po pozostawionych rowerach, że na rzece przed nami jest około 10 z 56 startujących zespołów. Nieźle, myślę sobie, jak na debiut. Po chwili Siwy siedzi już wewnątrz naszego nowego środka transportu, a ja odpychając jednocześnie kajak od brzegu szybko do niego dołączam. Wiosłujemy umiarkowanie mocno nie podpalając się, ale też nie obijając. Choć pogoda sprzyja bardziej temu drugiemu i głośno mówimy o tym, że czujemy się niemal wakacyjnie i brakuje jedynie jakiegoś zimnego piwka.

Rzeka Ruda wygląda bardzo ładnie. Wysoki brzeg i niezliczona liczba meandrów dodaje jej niezwykłego uroku. Co jakiś czas napotykamy na nieznaczne trudności techniczne, gdzie musimy nieco bardziej zwolnić, aby przepłynąć przez zwężenie wyznaczone powalonymi konarami albo ominąć płyciznę. Dwukrotnie musimy zupełnie położyć się w kajaku i przepłynąć powolutku pod drzewami leżącymi tuż nad naszymi głowami. Robimy to na raty. Najpierw Siwy zanurza się do wnętrza, a ja w tym czasie trzymam wiosła oraz kajak, aby ten nie nabrał prędkości, a mój kompan przedwcześnie nie stracił głowy (albo przynajmniej uniknął solidnego guza), potem przekazuję wiosła do przodu i powoli zsuwam się na siedzeniu, aby głowa nie wystawała zbyt wysoko.

Na odcinku, którego pokonanie zajmuje nam około 35 minut, wyprzedzamy jedną ekipę, a przed samym końcem doganiamy drugą, która na naszych oczach próbuje wygramolić się na brzeg. Cierpliwie czekamy na naszą kolej, wychodzimy bez problemów i niesiemy kajak do miejsca przepaku. Reorganizujemy nasze rzeczy, obliczamy co zabrać, a co zostawić i analizujemy co teraz na siebie włożyć. Nasze ciuchy po tym etapie są niemal całkiem suche, a byliśmy przygotowani na odwrotność, jednak dzięki temu nie musimy się przebierać i tracić niepotrzebnych minut. Meldujemy gotowość do pierwszego (nie licząc krótkiego prologu) tego dnia etapu pieszego.

Ten etap to właściwie pętla, która pozwoli nam powrócić do miejsca, w którym zostawiliśmy rowery. Teoretycznie ma długość około 10 kilometrów. Ruszamy dość żwawo w towarzystwie kilku osób. Do PK 6, który był opisany jako most kolejki wąskotorowej docieramy dość sprawnie, oddalając się od naszych chwilowych towarzyszy, jednak punkt znajduje się jakieś 10 metrów od mostu, co powoduje lekką konsternację połączoną z ciężkimi poszukiwaniami i znów nie jesteśmy na trasie sami. Ostatecznie punkt udaje się znaleźć i możemy napierać dalej.

Ciągle poruszamy się wzdłuż torów, a siódemka to stacja kolejki, na której czeka na nas nie lada atrakcja – musimy wskoczyć na drezynę i pokonać nią kilkadziesiąt metrów. Z wielkim uśmiechem, a także żalem, że trwa to tak krótko, zeskakujemy z drezyny, podbijamy punkt i biegniemy w stronę ósemki. Przy tym punkcie lekko kluczymy i musimy zawrócić, bo przestrzeliliśmy o jakieś 100 metrów, ale jednak dość sprawnie udaje się go znaleźć. Dziewiątka nie sprawia żadnych problemów, biegniemy na nią jak po sznurku.

Podobnie rzecz ma się z dziesiątką i do punktu opisanego jako drzewo w zakolu rzeki docieramy niemal idealnie. Okazuje się jednak, że kilka ekip przeczesuje krzaki szukając lampionu zawieszonego na którymś z wolnostojących drzew. Jest ich co najmniej kilkanaście, rozdzielamy się zataczając kilka pętelek, ostatecznie słyszymy od jednej z zawodniczek, która dzwoniła do organizatorów, że ten punkt zniknął i musimy szukać jedynie zielonej kropki na drzewie. To też nie jest proste, bo jak się okazuje po fakcie, kropka znajduje się bardzo blisko gruntu i poświęcamy na jej poszukiwanie kolejnych kilka minut. W końcu zielony punkcik udaje się odnaleźć, robię zdjęcie na potwierdzenie naszej obecności i lekko podenerwowani ruszamy na ostatni punkt tego odcinka pieszego.

„Jedenastkę” odwiedzaliśmy już wcześniej, tylko że była „czwórką”. Tam właśnie czekają nasze rowery, wsiadamy na nie i zaczynamy etap, którego obawiałem się najbardziej – 35 kilometrów na rowerze. O ile Siwy, który 3 tygodnie wcześniej zdobył tytuł górskiego szosowego Mistrza Polski w kat. Masters dysponuje całkiem niezłą formą, o tyle ja na rowerze jeździłem bardzo sporadycznie i zrobiłem treningowo może ze 100 kilometrów w wakacje nie pokonując jednorazowo więcej niż 30.

Dlatego teraz muszę prosić, żeby zwalniał w terenie, za to na szosie lub równej drodze wskakuję na jego koło i korzystam z tego, że w szybkim tempie rozcina powietrze przede mną. Mimo że nawigacja rowerowa nie jest dla nas łatwa, głównie ze względu na to, że obaj z mapnikami jeździmy po raz pierwszy, to punkty „wchodzą” nam w miarę szybko, tylko chwilę kluczymy przy PK 12 i 14, gdzie najpierw penetrujemy nie ten szczyt, który autor trasy miał na myśli. Domyślam się, że plasujemy się w okolicy szóstej pozycji, a pociesza mnie fakt, że kilometry lecą naprawdę szybko i nim się obejrzę, mamy przed sobą już tylko „siedemnastkę” zlokalizowaną w bazie zawodów.

To oznacza, że rozstajemy się z dwoma kołami i ruszamy na finałowy etap pieszy. Raptem 15 kilometrów i po bólu. W duchu wiem, że wszystko złe, co mogło mi się przydarzyć na tych zawodach, już za mną. Oczywiście odczuwam satysfakcję, że jednak wszystko poszło w miarę ok. Do zmroku pozostają jeszcze dobre dwie godziny (może nieco więcej), co cieszy mnie o tyle, że celowo nie braliśmy na trasę czołówek. Wiedzieliśmy, że musimy skończyć przed zachodem słońca, tym bardziej, że drugim ważnym zadaniem tego dnia był powrót do Warszawy, a konkretnie na lotnisko do Modlina, gdzie o 21:20 miała lądować moja Mama. Musiałem zdążyć, choć w pogotowiu czekał Zbyszek, na wypadek gdyby nam przedłużyła się rywalizacja.

Wracając jednak do zmagań z mapą, do „osiemnastki” poza tym, że nadrobiliśmy nieco drogi w samej Kuźni Raciborskiej przy wybieganiu z bazy, trafiamy niemal idealnie. Wędrujemy wzdłuż ogrodzenia młodnika. Idę pierwszy, Siwy nieco za mną. Po chwili krzyczę „jest” i widzę, że z mojego okrzyku korzysta też inna para – chłopaki z ekipy Bike Orient wyłaniają się z krzaków i aż do „dwudziestki jedynki” mamy ze sobą kontakt wzrokowy. Początkowo puszczamy ich przodem nie chcąc wyprzedzać, ale przed PK 21 przejmujemy inicjatywę. Po tym punkcie oddalamy się raźnym biegowym krokiem widząc, że nasi rywale tylko trochę podbiegają, a trochę maszerują.

Co może martwić, to fakt, że Siwy zaczyna wspominać o jedzeniu. Skończyły nam się zapasy żywności i staram się jakoś podtrzymać go na duchu odliczając dystans do końca zawodów. PK 22 znajdujemy łatwo i po nim decydujemy się wybrać nieco dłuższy lecz łatwiejszy nawigacyjnie wariant: najpierw PK 24, dopiero potem 23 z zadaniami specjalnymi, następnie baza. Po drodze do „dwudziestki czwórki” Siwego łapie kryzys. I to taki, który już nie pozwala nam żartować. Staram się jeszcze trochę podciągnąć, bo przed nami majaczą sylwetki dwójki zawodników, którzy już tylko spacerują.

Dobiegamy i od razu pytam czy mają coś do jedzenia. Nic. A może coś słodkiego do picia? Też pudło. Siwy musi wytrzymać i tak też robi. Trochę spacerem, trochę truchtem, pokonujemy kolejne metry, w międzyczasie podbijamy przedostatni punkt i kierujemy się do PK 23. Musimy zawrócić (nie ze względu na błąd, tylko tak wiedzie nasz wariant), a po drodze mijamy team Bike Orient, oczywiście pytając czy mają coś do jedzenia. Jeden z nich bez zastanowienia wyciąga batonika i podaje Siwemu. Jesteśmy niezmiernie szczęśliwi, choć Siwy pewnie bardziej ode mnie. Otwiera, bierze dwa gryzy i oddaje dla mnie. Szybki kęs i batonik wraca do mojego towarzysza. Wiem, że potrzebuje paliwa dużo bardziej niż ja.

zad-specjalne-fot-mateusz-knap
Teren zadań specjalnych. (fot. Mateusz Knap)

Teraz ruszamy nieco podbudowani, ale wciąż czekamy aż porcja energii dojdzie do mięśni. W końcu Siwy decyduje, że możemy dalej podbiec. Dobiegamy w okolice ostatniego punktu, dawnej bazy wojskowej, gdzie czeka na nas ekipa ubezpieczająca zadania linowe. Dzielimy się następująco: Siwy wchodzi po linie, ja podchodzę na drzewo po drabince i pokonuję mostek linowy. Moje zadanie trwa dłużej, dzięki czemu mój partner może chwilę odpocząć. Jak się okazuje, zdobywa też kolejnego batonika 🙂

To już prawie wszystko. Pozostaje jedynie odnaleźć kilka łatwych punktów zaznaczonych na osobnej mapce. W pamięci pozostał mi jeden, do którego trzeba było sforsować ciemny korytarz wewnątrz bunkra. Kolejne znajdujemy bez problemów i wybiegamy na drogę wyścieloną betonowymi płytami. Do mety jeszcze około 1,5 kilometra składającego się z dwóch długich prostych. Nie widzimy nikogo przed nami, za nami również nie dostrzegamy żadnej sylwetki. Biegniemy lekko wiedząc, że nie mamy szansy nikogo wyprzedzić, ani też nikt nie jest w stanie nas dogonić.

Do bazy, która tym razem oznacza finisz całej zabawy, wbiegamy o 17:28, czyli po prawie 8,5 godzinach od rozpoczęcia. Tutaj drobna niespodzianka. Okazuje się, że przed nami przybiegł tylko jeden zespół, w dodatku był to zespół mieszany (kobieta+mężczyzna), co oznacza, że w kategorii MM (mężczyźni) zajmujemy pierwsze miejsce. Do zwycięskiego zespołu w kat. MIX (Karolina Pacek, Dariusz Bogumił) straciliśmy zaledwie 8 minut. Całkiem udany debiut, myślę sobie. Druga myśl, to wielki szacunek dla teamu przed nami (dla każdego, który na mecie zameldował się po nas, również 🙂 ). Szczęśliwi dziękujemy sobie przybijając solidną piątkę po skończonej robocie.

Po „rozliczeniu”, czyli oddaniu karty startowej, czeka na nas zasłużona puszka Coli i słodki pączuś, a chwilę potem udajemy się do stołówki, by „na deser” przyjąć smaczną grochówkę z wielką bułą. Wiem, że po Mamę na lotnisko już nie zdążę, bo czeka nas dekoracja (z tego miejsca wielkie dzięki dla Organizatorów za jej przesunięcie na naszą korzyść!). Na szczęście Zbyszek czeka w pogotowiu i melduje się w Modlinie, za co również ogromne podziękowania. Jak już w temacie wdzięczności jestem, nie sposób także pominąć dobrego serca Arka i Darka, którzy pożyczyli nam mapniki na trasę rowerową.

Krótkie podsumowanie naszych zmagań… Optymalnie mieliśmy pokonać 80 kilometrów, a ile wyszło dokładnie, tego nie jesteśmy w stanie obliczyć, jako że nie korzystaliśmy z GPS i nie trackowaliśmy naszego przebiegu. Mimo że Organizatorzy dopuszczali możliwość używania urządzeń nawigacji satelitarnej, to radziliśmy sobie w tradycyjny sposób, nie mieliśmy nawet licznika rowerowego, który odmierzałby pokonany dystans.

Bawiliśmy się bardzo dobrze, mnie na szczęście ominęły większe kryzysy, choć kilka razy bardzo poważnie musiałem zwolnić na rowerze, inaczej mógłbym się „zajechać”. Sama formuła rajdu przygodowego przypadła mi do gustu, ale na obecną chwilę wydaje mi się, że dłuższy dystans mógłby mnie pokonać zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym. Dlatego mam duży respekt do każdego, kto stanął na starcie trasy Extreme (150 km) i ją ukończył.

Pod koniec łapały mnie skurcze w każdą część nogi, na szczęście żaden solidnie nie chwycił. Zadania specjalne były bardzo fajne, szczególnie drezyna, bo dla osoby wspinającej się zadania linowe nie stanowiły ekstremalnego wyzwania. Mimo to, były fajnym przeżyciem. Trasa wiodła przez bardzo ciekawe tereny. W większości były to urocze lasy, a w mijanych wioskach dało się odczuć naprawdę duży spokój i można było wsłuchać w piękną ciszę, co stało się przyczynkiem do stosownego tytułu niniejszej relacji.

W ostatnim akapicie chciałbym podziękować Siwemu za świetne towarzystwo i dobry humor na trasie, a także za to, że świetnie uzupełnialiśmy się podczas poszczególnych etapów i była to naprawdę czysta przyjemność startować z takim zawodnikiem. Dziękuję także Oli Wróblewskiej za świetne przygotowanie biegowe, dzięki niej przebiegnięcie 25 kilometrów nie stanowiło dla mnie poważnego wyzwania, mimo że przez ostatnie miesiące w zasadzie nie trenowałem regularnie. Na koniec podziękowania dla Żony za wyrozumiałość 🙂 i dla wszystkich, którzy wspierają mnie w działaniu. Do następnego! 😉

Czołówka wyników:

  1. RobimyJatke.pl (Łukasz Korzeniewski, Michał Nabiałek) 8:28:20
  2. Zgórmysyny (Paweł Słomka, Tomek Bergier) 8:36:00
  3. KTR Bike Orient (Piotr Banaszkiewicz, Piotr Zarzycki) 8:37:00
  4. Jożinzbażin (Janusz Kruszelnicki, Łukasz Sobczyński) 9:40:40
  5. Qlockowa Składanka (Andrzej Wieczorek, Michał Kłodowski) 10:20:20
  6. Żoraki (Wojciech Kapustka, Seweryn Kucharczyk) 11:52:40

 

Informacje nt. rajdu oraz pełne wyniki na stronie www.silesiarace.pl

Ps. Silentia w tytule dała się odczuć na trasie wielokrotnie. Okolica bardzo sielska, cicha i urocza 🙂

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

2 przemyślenia nt. „Silentia/Silesia Race 2016”

  1. Świetnie się czyta, opis przygód niczym z książki podróżniczej, którą niedawno też skończyłam „pochłaniać”. Teraz tylko czekać aż napiszesz swoją 😉

    1. Dzięki serdeczne! Tylko wyczyn nie takiego kalibru, jak ten ze wspomnianej książki 😉 Na swoją póki co nie zebrałem jeszcze materiału :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *