Nie biathlon, nie ospa, ale czysta satysfakcja… ZMŚ 2017 moim okiem

ZIMOWYSWIETOKRZYSKIPrzewodnim tematem tej relacji miało być porównanie mojego biegowego debiutu (na tak długim dystansie) bez mapy do biegania połączonego z nawigacją. Różnica jest, to bez dwóch zdań, a specyfikę można porównać do rywalizacji biathlonisty z narciarzami klasycznymi. To, że nie zawsze trzeba wypaść gorzej, udowadniał u szczytu kariery Norweg Ole Einar Bjoerndalen. Ja nie miałem sobie nic do udowodnienia, chciałem tylko dobrze się bawić i przy tym powalczyć o złamanie sześciu godzin na dystansie blisko 45 kilometrów.

Przed i po starcie nie czułem się najlepiej. Że po przebiegnięciu prawie pięćdziesiątki będę się czuł słabo, to nie było trudne do przewidzenia, ale że dzień przed startem będę półprzytomny i podobnie rano w dniu zawodów, to było pewnym zaskoczeniem. W związku z czym, jak w niedzielę (dzień po ZMŚ) dowiedziałem się co było przyczyną mojego gorszego samopoczucia, to planowałem zmienić temat przewodni. Nowym miała być ospa, której efekty pojawiły się na moim ciele w niedzielny poranek.

Stwierdziłem jednak, że nie będę tutaj dramatyzować, ani prowadzić heroicznych opowieści jak to słaniam się na nogach lub brodzę po zaśnieżonych szlakach pokonując kolejne przewyższenia z towarzyszącą mi ospą. Nie, tak nie było. Kilometr po starcie ból gdzieś odszedł, a ja miałem już włączony tylko jeden tryb: napierać do mety i walczyć o jak najlepszy czas. Nie dla innych, nie dla rywalizacji (bo tej, z założenia, na ZMŚ miało nie być – organizatorzy nie liczyli czasów i nie publikowali wyników), ale dla własnej satysfakcji.

Krótko o samej trasie: start spod ruin zamku w Bodzentynie, następnie podbieg na pobliską górkę, potem trochę z górki, ale w perspektywie szczyt Łysicy na dziesiątym kilometrze. Następnie do 18. kilometra przeważnie w dół, aby przez kolejnych 13 falować lekko pod górkę, lekko z górki. Razem tych kilometrów zebrało się już 31 i w tym momencie zaczynało się najpoważniejsze podejście, na Święty Krzyż. Długie, nużące, i ze stromą końcówką. Później zbieg do Nowej Słupii na ostatni punkt kontrolny z pięciu na trasie, następnie krótki przerywnik monotonii asfaltu w postaci szlaku przez Chełmową Górę i ostatnie 3 km do mety znów po asfalcie. Pisząc o celach na styczeń zakładałem, że tę trasę pokonam w 6 godzin.

profil
Profil trasy. Wyróżnia się Łysica i Święty Krzyż. (źródło: zimowyswietokrzyski.pl)
Uśmiechy nie tylko pozowane :) (fot. Robert Kulak)
Uśmiechy szczere, nie tylko pozowane 🙂 (fot. Robert Kulak)

Dlatego od startu trzeba było ruszyć w miarę żwawo… Dwustuosobowa grupka wesołych biegaczy i jeszcze weselszych piechurów kilka minut po godzinie siódmej wyruszyła spod bodzentyńskich ruin. Na początku na tyle nieśmiało, że przez krótką chwilę znalazłem się na jej czele. Start, może nie z wielką pompą i fajerwerkami, ale fajne było to, że na moment został wstrzymany ruch i mieliśmy eskortę policji w drodze do skrętu na szlak. Po chwili okazało się to dość zgubne, bo policja eskortowała nas tak chętnie, że cała czołówka pobiegła po asfalcie zbyt daleko i trzeba było zawracać, aby znaleźć prawidłowy skręt na szlak 🙂

Bardzo przyjemny zbieg z Łysicy. (fot. Marlena Pięta)
Bardzo przyjemny zbieg z Łysicy. (fot. Marlena Pięta)

To sprawiło, że nadłożyłem około 500 metrów i trzeba było wyprzedzać piechurów pokonujących już pierwsze metry wzniesienia. Zewsząd dobiegały żartobliwe komentarze, a ja bez złości i z uśmiechem podążałem do góry. Pierwszym ważnym punktem na trasie była Łysica. Wiedziałem, że jak dotrę na szczyt po mniej więcej 1:20 – 1:30, to jestem w stanie swoje 6 godzin pokonać. Najwyższe tego dnia wzniesienie minąłem po ok. 1:18 i czułem, że jest dobrze.

Rzuciłem się w dół przypominając sobie powiedzenie „kto nie zapi…ala w dół, ten nie wygrywa”. Zbiegałem więc całkiem szybko wyprzedzając kilku zawodników, a szlak w tym miejscu był na tyle kopny, że z łatwością amortyzował kolejne kroki i dawało się szybko pruć z górki. Potem, przy zabytkowej chatce, zaczynał się asfalt, który prowadził do drugiego tego dnia punktu kontrolnego w Bielinach, a tam czekała na nas zalewajka świętokrzyska 🙂

Najpierw pieczątka, za chwilę zalewajka, czyli PK 2 w Bielinach (fot. Katarzyna Witkowska)
Najpierw pieczątka, za chwilę zalewajka, czyli PK 2 w Bielinach (fot. Katarzyna Witkowska)

Czołówka pobiegła bez posiłku, natomiast ja i towarzyszący mi jeden z biegaczy, skusiłem się na niewielką porcję ku pokrzepieniu. Wybiegłem na trasę i dalej czekał asfalt, wiodący lekko pod górkę. Wkrótce nastąpiło to, co sprawiło, że przez kolejną godzinę przeżywałem kryzys. Może niezbyt wielki, mało dramatyczny, ale dokuczliwy… Okazało się, że bieg po asfalcie tak mi się spodobał (i czterem innym biegaczom również), że przegapiliśmy słabo oznaczony skręt w prawo na szlak. Trzeba było zawracać, co zaowocowało dołożeniem dwóch, bardzo niechcianych, kilometrów.

Do trzeciego checkpointu trasa wiodła głównie niebieskim szlakiem. Mało popularnym i słabo przetartym, w związku z czym biegło się dość trudno, czasem przechodziłem do marszu, a jedno z podejść (najstromsze tego dnia) było całkiem niełatwe. To był dla mnie najcięższy fragment Zimowego Świętokrzyskiego i odmierzałem metry, zamieniając je w kilometry i odliczając ile jeszcze do mety. Była to oczywiście oznaka słabości, głównie jednak szwankowała głowa…

W końcu powiedziałem sobie, że muszę wziąć się w garść, przestać liczyć każdy metr, bo jeszcze wiele ich przede mną i po prostu zasuwać dalej, mimo że nie jest super kolorowo 🙂 Tak zrobiłem, a pyszna herbatka na trzecim punkcie sprawiła, że siły wróciły. Parę ciasteczek na drogę i jazda dalej. Trochę po zakrętach wąską ścieżką przez las, aż wybiegłem na szeroką leśną „autostradę”. Piękne otoczenie, ubity szlak i trzeba było napierać dalej, w głowie mając już przed oczami podbieg pod Święty Krzyż. W moim mniemaniu, ostatnią „przeszkodę” przed metą.

Podbieg, a raczej podejście, zaczęło się po czwartym punkcie kontrolnym w Trzciance. Szybko podbiłem pieczątkę i ruszyłem pod górę. Czekało mnie około 2,5 kilometra szlaku początkowo lekko wznoszącego się pod górę, ale im bliżej był szczyt, tym większa była stromizna. Cieszyłem się na widok klasztoru na Świętym Krzyżu i wiedziałem, że zakładany czas poniżej sześciu godzin jest całkiem realny do osiągnięcia.

Zbieg do Nowej Słupii miał być szybki i przyjemny, miałem poprawiać swoje średnie tempo, ale wcale tak nie było. Śniegu na tym odcinku było mało, a w dodatku było całkiem stromo. Uda miałem już na tyle zmęczone, że nie mogłem puścić się leciutko w dół jak na zboczach Łysicy, bo nogi by tego nie wytrzymały. W związku z tym, tempo zbiegania wynosiło raptem około 6-7 min/km. Czyli jak po płaskim albo nawet gorzej! Cóż, i tak cieszyłem się, że nie muszę napierać pod górę 🙂

Na ostatnim punkcie kontrolnym taktycznie odpocząłem nieco dłużej niż na poprzednich punktach. Zjadłem pomidorówkę, chwilkę posiedziałem i ruszyłem w stronę centrum miasteczka. Po kilkuset metrach i skręcie w lewo poczułem lekką konsternację, bo nie wiedziałem czy biegnę w dobrym kierunku. Na szczęście dobrze zorientowana miejscowa mnie uspokoiła i wytłumaczyła, w którym miejscu rozglądać się za odbijającym w prawo szlakiem w stronę Chełmowej Góry.

Trasa wiodła po asfalcie aż do momentu, w którym Chełmowa Góra była już na wyciągnięcie ręki. W tym momencie zaczynała się leśna ścieżka i miał zaczynać się podbieg. Początkowo było jednak w miarę płasko i dopiero ostatnie kilkaset, może tysiąc metrów trzeba było taktycznie zwolnić. Ze szczytu do mety pozostało około czterech kilometrów, a ja miałem jeszcze pół godziny, aby pojawić się na mecie w czasie poniżej sześciu godzin. Wiedziałem już, że nie może się nie udać.

Ostatnie metry ZMŚ 2017. (fot. Robert Kulak)
Ostatnie metry ZMŚ 2017. (fot. Robert Kulak)

Krótki i przyjemny zbieg, potem jakieś 3 kilometry żmudnego dreptania po asfalcie i na horyzoncie pojawił się ośrodek, w którym zlokalizowano metę zawodów. Ostatnia prosta nie obfitowała w jakieś szczególne emocje. Nie czułem uniesienia, nie czułem wzruszenia, nie czułem też euforii. Byłem zmęczony, ale zadowolony. Co więcej, na mecie czekał na mnie, oprócz grupki sympatycznych organizatorów, także niecodzienny dźwięk tybetańskiego gongu 🙂

Z sześciu godzin, mimo że dołożyłem ponad 2,5 kilometra, udało się jeszcze urwać około sześciu minut. Uważam, że to świetny wynik, szczególnie ze względu na niezbyt długie i poważne przygotowania do długiego i poważnego biegu. Na szczęście trenerka, Ola Wróblewska, jak zwykle zdziałała cuda i wyciągnęła z mojego organizmu co tylko mogła, ja powalczyłem ze swoją głową i udało się. Nieoficjalnie na mecie pojawiłem się jako 22. osoba z dwustu, które wystartowały. Czyli całkiem ładnie, choć do podium brakło sporo. Do zwycięzcy także. Przybiegł z czasem ok. 4h 20 minut. Szacun. Daleko mi jeszcze do takiego poziomu i kto wie czy kiedykolwiek będę w stanie się do niego zbliżyć.

Na mecie czekali sympatyczni organizatorzy oraz unikalny dźwięk gongu :) (fot. Grzegorz Gruszka)
Na mecie czekali sympatyczni organizatorzy oraz unikalny dźwięk gongu 🙂 (fot. Grzegorz Gruszka)

Na koniec serdeczne podziękowania dla organizatorów za stworzenie sympatycznej atmosfery na punktach kontrolnych, dla Maćka za użyczenie biegowych stuptutek, które uchroniły okolice moich stawów skokowych od wdzierającego się bezczelnie śniegu (i dla Hiu, który w drastyczny sposób zwrócił na to moją uwagę 😉 ), dla Kasi, Bartka i Nadziejki za super gościnę przez cały weekend i dla wszystkich, którzy choć przez chwilę pomyśleli o mnie i o moich zmaganiach z Górami Świętokrzyskimi, szczególnie Żonie, która na pewno mocno mnie wspierała 🙂 DZIĘKUJĘ!

ps. Gratulacje dla wytrwałych dziewczyn: Asi, która biegła z bratem i Asi, która biegła bez brata 🙂

Mapa z przebiegiem trasy, dla ciekawskich :) (źródło: zimowyswietokrzyski.pl)
Mapa z przebiegiem trasy, dla ciekawskich 🙂 (źródło: zimowyswietokrzyski.pl)

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Jedno przemyślenie nt. „Nie biathlon, nie ospa, ale czysta satysfakcja… ZMŚ 2017 moim okiem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *