Gdzie mnie nie było?

nmno2017(2)_fot_TDomin_sevencoins
Przed startem NMnO nie zanosiło się na dłuższy rozbrat z bieganiem. Fot. Tomek Domin / SevenCoins.pl

Długi czas nie pisywałem. Bo też nie było o czym. Kto chciałby czytać ciągle o tym co robić jak się ma kontuzję i ciężko się chodzi? Może w Ciechocinku zebrałbym trochę czytelniczek, ale mam inne priorytety.

Biegowe przygody w roku 2017 skończyły się dość szybko, bo w kwietniu. Podczas walki o podium na Nadwiślańskim Maratonie na Orientację kolano odmówiło posłuszeństwa. Pozostał telefon do obsługi medycznej i zwózka z trasy po około 25 kilometrach. Szkoda, bo czułem się wyśmienicie i pewnie byłoby drugie miejsce za Bartkiem Karabinem…

Diagnoza to klasyczna dolegliwość: problem z pasmem piszczelowo-biodrowym co spowodowało ból w kolanie. Na tyle duży, że nie dało się zginać nogi. A raczej jestem dość odporny na ból 😉

Startu szkoda, bo szansa na podium była bardzo realna. Fot. Tomek Domin / SevenCoins.pl
Startu szkoda, bo szansa na podium była bardzo realna. Fot. Tomek Domin / SevenCoins.pl

Plan powrotu był dość optymistyczny, ale nie do końca pokrył się z rzeczywistością. Miał być Dusiołek Górski w okolicy Dobczyc 6 maja, a potem, jakby samopoczucie było ok, to po dwóch tygodniach Rajd Liczyrzepy na Dolnym Śląsku. To były plany sprzed kontuzji. Natomiast 20 maja (gdy rozgrywano Rajd Liczyrzepy) nie byłem w stanie jeszcze biegać bez uczucia bólu.

Dużo wcześniej wiedziałem, że w czerwcowe Mistrzostwa Polski podczas Mazurskich Tropów przejdą mi koło nosa ze względu na obowiązki pracownicze, więc strategicznie wybierałem się tydzień później na Rajd Czterech Żywiołów na ukochanej Jurze. Jak się domyślasz, też nic z tego nie wyszło. Nie chciałem porywać się z motyką na księżyc.

Na szczęście powoli wracałem do siebie. Udało się jako tako wykurować, noga zginała się coraz lepiej i mogłem wrócić do treningów. Mniej lub bardziej regularnych… Na szczęście Trenerka była niezwykle wyrozumiała wiedząc, że po takiej przerwie niełatwo wdrożyć się w odpowiedni rytm.

Lipiec stał pod znakiem organizacji Świętokrzyskiej Jatki. Biegając po urokliwych okolicach Czarnocina umacniałem się w przekonaniu, że z kolanem już nic złego nie powinno się stać, a ja jestem gotowy na nowe wyzwania.

Wspomnianego wcześniej rytmu nadal do końca nie czuję, ale podejmuję wyzwanie startu w Orientiadzie 5 sierpnia. Przez blisko 4 miesiące rozłąki z mapą zdążyłem nabrać głodu rywalizacji i poniewierki w pięknych okolicznościach przygody.

Mrozy (miejscowość) czekają, czeka także ekipa orientalistów z Mińska Mazowieckiego i nawet jeżeli nie powalczę o rewelacyjny wynik to wiem, że ze względu na sympatycznych organizatorów impreza będzie udana 🙂 Trzymaj kciuki, a ja dam znać jak poszło… Chyba, że na metę znów wrócę samochodem… 😉

Jedno przemyślenie nt. „Gdzie mnie nie było?”

  1. Ok, będą kciuki!
    I życzę szybkiego powrotu do formy 🙂
    Nie raz się zastanawiałam co tu taka cisza…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *